Od czegoś trzeba zacząć
Tak, uważam się za aktywnego użytkownika internetu, bacznie śledzącego wszelakie wydarzenia muzyczne, głównie poza granicami naszego kraju (pomijając koncerty). Czytanie kolejnych żenujących rodzimych blogów muzycznych przyprawia o nieprzyjemne uczucie irytacji i zwątpienia. Najczęstszym problemem, z jakim borykają się twórcy owych dzienników są: pisanie na siłę (nie masz pomysłu lub zwyczajnie nie potrafisz dobrze pisać? nie pisz!), pisanie o muzyce tylko okazjonalnie („akurat wpadł mi w ręce album…”, „zbliża się koncert mojego ulubionego…”) czy też zwyczajnie zbyt wąskie horyzonty muzyczne. A przecież ludzie lubią czytać o muzyce, nie każdemu chce się przeglądać zagraniczne serwisy, czytać przepisywane z Pitchforka newsy lub ograniczać swoje muzyczne poszukiwania do tego, co samemu uda się odkopać na last.fm.
Nie mam pojęcia, jak dobrze sprawdzę się w roli redaktora muzycznego. Jednak o muzyce pisać lubię i robię to już od kilku lat. Z pasją i konkretnie. Stąd pomysł na stworzenie „Sigh”. Nazwa wzięła się od, moim skromnym zdaniem, najładniej brzmiącego i wyglądającego słowa w języku angielskim, niosąca ze sobą lekkość, subtelność, co w muzyce jest nierzadko bardzo cenione. Nie zamierzam ograniczać się do kilku artystów/zespołów, czy też kilku gatunków muzycznych, jak również nie zamierzam pisać o artystach, których znam z jednego przeboju lub tylko wyrywkowo. I wreszcie — ma tu być przede wszystkim ciekawie oraz ambitnie — taką wyznaczam sobie misję. Czy się uda? Czas pokaże.
Zapraszam.


huh, trzymam kciuki za wybicie się z polskiej ‘ligi’ muzycznej recenzosfery!
dzięki! trzymaj, trzymaj, na pewno się przyda ;)